Pamiętam, jak pierwszy raz stanąłem na scenie podczas lokalnego festiwalu folkowego w małej wiosce pod Krosnem. Serce waliło mi jak młot, a jednocześnie czułem się jak dyrygent wielkiej orkiestry. To były emocje, które trudno opisać słowami, ale dziś, po ponad 15 latach doświadczeń, wiem jedno: za każdym sukcesem tego typu wydarzenia kryje się cała masa ukrytych wyzwań, które nie rzucają się w oczy na pierwszy rzut oka.
Organizacja festiwalu folkowego to jak układanie ogromnej, delikatnej mozaiki – wymaga precyzji, cierpliwości i odrobiny szaleństwa. W tym artykule zabiorę Was za kulisy tej fascynującej, a czasem zupełnie nieprzewidywalnej podróży. Opowiem, jak wygląda od kuchni praca, której nikt nie widzi, a bez której żadne wydarzenie nie ma prawa się udać. Podzielę się też własnymi osobistymi anegdotami – od nieudanych negocjacji po momenty pełne wzruszeń, które zostają w sercu na długo.
Od koncepcji do finału – zakulisowa codzienność organizacji festiwalu
Wszystko zaczyna się od pomysłu. Często to pierwsza burza mózgów, której towarzyszą emocje i wizje. W moim przypadku najtrudniejszym etapem zawsze była wycena – ile tak naprawdę kosztuje zorganizowanie festiwalu? Na początku, jeszcze w czasach mojej młodości, budżet mieścił się w kilku tysiącach złotych. Teraz, gdy coraz więcej mówi się o ekologii i zrównoważonym rozwoju, koszty rosną, a do tego dochodzą nowe wyzwania technologiczne – systemy biletowe, streaming i promocja online.
Podczas gdy w głowie kłębiły się wizje, musiałem zacząć szukać funduszy. Właściwie to najbardziej skomplikowany etap – pozyskać sponsorów, którzy nie tylko wrzucą parę groszy, ale też będą wierzyć w to, co robimy. Negocjacje z kapelami folkowymi to osobny rozdział. Pamiętam, jak raz – próbując przekonać do występu lokalną legendę muzyki folkowej – utknąłem w negocjacjach na poziomie gaży i ridera. Okazało się, że trzeba być nie tylko dyplomatą, ale też… magikiem, bo czasem wystarczy jedna rozmowa, by wszystko się posypało albo odrodziło na nowo.
Infrastruktura? Tu zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Namioty, scena, toalety, oznaczenia – wszystko musi być gotowe na czas. Właśnie w tym momencie pojawiają się pierwsze niespodzianki. Raz, w środku nocy, kiedy wszystko zdawało się już dopięte na ostatni guzik, nagle wybiła awaria prądu pod wpływem burzy. Nikt nie przewidział, że zniszczenia mogą być tak poważne. Na szczęście, dzięki szybkim decyzjom i kilku znajomościom w lokalnej elektrowni, udało się wszystko naprawić w najgorszym momencie.
Praca z wolontariuszami to z kolei sztuka. To ludzie, którzy potrafią być zarówno niezastąpieni, jak i… zupełnie nieprzewidywalni. Kiedyś, podczas jednego z festiwali, jeden z wolontariuszy zapomniał o rozkładzie, a na scenie pojawił się nie ten artysta, którego się spodziewaliśmy. W takich sytuacjach ważne jest zachowanie spokoju i szybkie rozwiązanie problemu. Wolontariusze to serce festiwalu – od nich zależy, czy wszystko będzie działało jak w zegarku.
Nieprzewidziane sytuacje? To niemal chleb powszedni. Deszcz, choroba artysty, spóźnione dostawy sprzętu – wszystko może się zdarzyć. Właśnie dlatego każdy festiwal musi mieć plan awaryjny. Kiedyś, podczas festiwalu w górach, nagle spadł śnieg, a my musieliśmy przenieść koncerty do namiotów, które do tej pory służyły jako zaplecze. Nie ma nic gorszego niż bezsilność wobec natury, ale właśnie w takich momentach można pokazać, na co się naprawdę jest gotowym.
Zmiany, wyzwania i… pasja, która trzyma całość razem
Od początku mojej przygody z festiwalami folkowymi widzę, jak branża się zmienia. Popularność tego typu wydarzeń rośnie, choć konkurencja też. Współczesna publiczność coraz częściej oczekuje nie tylko muzyki, ale też ekologicznych rozwiązań – stąd coraz więcej festiwali sięga po ekologiczne namioty, segregację odpadów, a nawet panele słoneczne do zasilania sceny. Pandemia COVID-19 była jak kubeł zimnej wody – nagle wszystko stanęło, a my musieliśmy wymyślić, jak działać w zupełnie nowych warunkach. Streaming, social media, digital marketing – to dzisiaj podstawa, by dotrzeć do młodszego pokolenia.
Wciąż zadaję sobie pytanie, czy to dobrze, że festiwale się tak rozwijają? Z jednej strony – coraz więcej ludzi ma szansę doświadczyć muzyki folkowej na żywo, z drugiej – czy nie zatracamy tej intymnej atmosfery, którą pamiętam z pierwszych edycji? Niemniej, nowe technologie i zmieniające się oczekiwania publiczności to wyzwania, które trzeba przyjąć z otwartym umysłem. Warto też wspomnieć o rosnącej świadomości ekologicznej – coraz więcej festiwali stawia na zrównoważony rozwój, co uważam za krok w dobrą stronę.
Co mnie jeszcze inspiruje? Moment, kiedy widzę, jak ludzie tańczą, śpiewają razem, jak muzyka łamie bariery i łączy pokolenia. To jest właśnie magia tego świata. I choć organizacja festiwalu to nieustająca walka z czasem, budżetem i nieprzewidywalnością, to właśnie ta pasja sprawia, że chce się to wszystko robić jeszcze raz i jeszcze raz.
Jeżeli czujesz, że masz w sobie odrobinę tego szaleństwa, które pchało mnie przez te wszystkie lata, może nadszedł czas, by samemu spróbować? Pamiętaj, że choć to ciężka robota, każdy, kto choć raz stanął na tej scenie, wie, że nie ma nic bardziej satysfakcjonującego niż widok tłumu, który kocha muzykę i kulturę, którą się starasz promować. Bo w końcu festiwal to żywy organizm, a organizator – jak dyrygent, który musi czuć jego rytm, by wszystko grało jak trzeba.