Echo minionych dekad: Słupskie chóry kościelne w walce o przetrwanie

Echo minionych dekad: Słupskie chóry kościelne w walce o przetrwanie - 1 2025

Echo minionych dekad: słupskie chóry kościelne w walce o przetrwanie

Mroźny wieczór, śnieg skrzypi pod butami, a w małej, dusznej salce parafialnej w Słupsku rozbrzmiewa głośny śpiew. To próba chóru, który od lat stara się nie tylko zachować tradycję, lecz także odnaleźć swoje miejsce w zmieniającym się świecie. W tym momencie, kiedy zimno przenika do kości, a odgłosy miasta cichną, dźwięki gregoriańskich pieśni i wielogłosowych psalmów tworzą coś więcej niż muzykę – to echo minionych dekad, które opowiada historię pasji, poświęcenia i walki o przetrwanie lokalnych wspólnot muzycznych.

Zmiany społeczno-kulturowe a los słupskich chórów

Przez ostatnie trzydzieści lat te chóry przeszły nie jedną burzę. Gdy w latach 80. jeszcze pełne entuzjazmu próbki śpiewu kościelnego rozbrzmiewały w świątyniach, dziś często można odnieść wrażenie, że ich miejsce zajmują nowe formy rozrywki i spędzania wolnego czasu. Młodzież coraz rzadziej wybiera śpiewanie w chórze, a zamiast tego sięga po smartfony czy gry komputerowe. Na dodatek, zmieniająca się struktura społeczności, migracje, odejścia do dużych miast – wszystko to wpływa na frekwencję i jakość zespołów.

Repertuar też uległ zmianom. Kiedyś dominowały pieśni sakralne, gregoriańskie melodie i wielogłosowe kompozycje, które wymagały od śpiewaków nie tylko technicznej precyzji, ale i ogromnej wrażliwości. Teraz chórzyści coraz częściej sięgają po popularne pieśni religijne, które łatwiej zaśpiewać, choć czasem to brzmienie traci na głębi i duchowości. Czy to z braku czasu, czy z powodu zmęczenia tradycją – trudno jednoznacznie ocenić. Warto jednak zauważyć, że mimo trudności, niektóre chóry potrafią się odrodzić, sięgając po nowoczesne metody pracy, np. organizując warsztaty dla młodzieży czy integrując się z chórami świeckimi.

Osobiste historie i muzyczna codzienność

Wspominam swoje pierwsze próbki śpiewu w chórze w latach 90., kiedy to jeszcze z drżeniem serca stawiałem kroki w salce w kościele Mariackim. Tłumaczenie tekstów, nauka rozłożenia głosów, a przede wszystkim – ta nieuchwytna magia wspólnego śpiewania, która potrafiła rozświetlić nawet najbardziej ponure dni. Przypominam sobie pana Stanisława, dyrygenta, który był nie tylko mistrzem muzyki, ale i mistrzem cierpliwości. Jego charyzma, a zarazem surowość, inspirowała nas do ciągłego doskonalenia się.

Próby często kończyły się żartami, a czasem nawet pomyłkami, które – choć czasem irytowały – dodawały całej atmosferze autentyczności. A propos, pamiętam jedną próbę, kiedy to podczas śpiewu pieśni wielogłosowej zamiast słowa „Alleluja” wybrzmiało „Ale, luja!”, co wywołało salwę śmiechu, choć w głębi duszy wszyscy zdawali sobie sprawę, że właśnie takie chwile tworzą wspólnotę. Nie można też zapomnieć o pani Irenie, która przez trzydzieści lat grała na organach w naszym kościele. Jej nietypowe metody strojenia – od twardego uderzenia pałką po delikatne pukanie młoteczkiem – stały się legendą.

Współczesne wyzwania i szanse

Obecnie, mimo że technika i instrumentarium poszły do przodu, chóry spotykają się z nowymi problemami. Niskie fundusze na konserwację instrumentów, starzejąca się kadra, a co najważniejsze – malejąca liczba młodych chórzystów. Co ciekawe, w latach 2000. pojawiły się pierwsze elektroniczne nuty i mikrofony, które miały ułatwić próbę i nagranie koncertów. Jednak czy to wystarczy? Współczesny chór musi nie tylko śpiewać, ale i walczyć o swoje miejsce w lokalnej społeczności.

Na szczęście, w Słupsku pojawiły się inicjatywy, które próbują odwrócić ten trend. Organizowane są festiwale, konkursy pieśni chóralnej, a także warsztaty dla dzieci i młodzieży. Czasem wystarczy odrobina kreatywności i pasji, by wyciągnąć młodsze pokolenia z ich cyfrowego świata i przywrócić im magię wspólnego śpiewania. Z pomocą przychodzą też chóry świeckie, które chętnie współpracują z kościelnymi, tworząc muzyczną mozaikę, w której każdy znajdzie coś dla siebie.

Nadzieja w głosie i dźwiękach

Wyobrażam sobie dzisiaj, jak wciąż rozbrzmiewają w słupskich świątyniach dźwięki pieśni, które od lat 80. niosą nadzieję i wspólnotę. Głos chóru to jak tkanina dźwięków, spleciona z emocji, techniki i wiary. Nie można zapomnieć, że chór to nie tylko grupa ludzi śpiewających razem – to żywa tkanka społeczności, której los w dużej mierze zależy od tego, czy potrafimy pielęgnować pasję i tradycję.

Może przyszłość tych zespołów nie będzie łatwa, ale patrząc na zaangażowanie i determinację kilku lokalnych entuzjastów, można mieć nadzieję, że śpiew kościelny w Słupsku nie zniknie całkowicie. Warto zastanowić się, jak my sami możemy wspierać te chóry – może poprzez udział w koncertach, promowanie ich działalności albo po prostu dzielenie się własnymi wspomnieniami i pasją do muzyki sakralnej. Bo w końcu, czy nie jest tak, że głos chóru to jak modlitwa wyśpiewana w dźwiękach, która niesie nadzieję i pokój? W tym głębokim, dźwiękowym dialogu kryje się siła, której nie można zgubić – choćby wśród zimowych mrozów, które próbują zagłuszyć ich echa.